Autor: Sonia Tulczyńska

2017-03-10, Aktualizacja: 2017-03-10 09:28

Anna Dec: Jestem jak barometr

Jeśli kiedykolwiek wydawało Wam się, że praca prezenterki pogody jest łatwa, a na ekranie wystarczy jedynie dobrze wyglądać, to byliście w błędzie. Anna Dec, związana z Grupą TVN, opowiedziała nam o tym, jak naprawdę wygląda życie w telewizji, o walce z chorobą i o tym, jak została najlepszą prezenterką pogody w Europie.

Jak wygląda dzień z życia prezenterki pogody?

Wszystko zależy od tego, jaki mamy sezon. Czy jest to jesień-zima, czy wiosna-lato. Nie ukrywam, że wolę ten drugi, bo mamy wówczas więcej wyjazdów. Stały element jest taki – bez względu na to, czy mam poranek na godz. 6, czy na godz. 7 – to zawsze wstaję godzinę przed wyjściem. Szybki prysznic i szykuję się do pracy. Nie korzystam z dobrodziejstw charakteryzacji naszych cudownych koleżanek, bo... zasypiam. Kiedy siedzę na wygodnym fotelu, a dziewczyny malują mi powieki, to niestety zapadam w drzemkę. Rozleniwia mnie to, a później trzeba się jednak włączyć w bardzo szybką pracę na antenie i bywa ciężko. Im jestem starsza, im dłużej pracuję w zawodzie, tym mniej makijażu potrzebuję. Zazwyczaj sama też się czeszę i ubieram, choć czasem stylizacje podrzuci mi Kasia Lasota, zaprzyjaźniona stylistka.


Źródło: Agencja TVN, x-news


Wspomniałaś o wyjazdach...

Bardzo lubię podróżować po kraju i poznawać mniejsze i większe miejscowości. Tam ludzie są bardzo zaangażowani i trochę inaczej reagują na to, że przyjeżdżają do nich goście z Warszawy, z telewizji. Na początku są bardzo zestresowani, ale przy bliższym poznaniu trochę luzują. Od początku czuć jednak duży szacunek i radość, gościnność. Z czasem przełamujemy dystans i szybko okazuje się, że jesteśmy normalnymi, otwartymi ludźmi. Już cztery lata pracuję w tej redakcji, ale wciąż tak samo mnie to cieszy. A nawet bardziej. I mam nadzieję, że to się nie zmieni.
Lubię elastyczny tryb pracy. Gdybym tego nie lubiła, to wiem, że nie dałabym rady pracować aż tyle godzin w tygodniu na żywo. Wiecznie oceniana – czy przytyłam, czy schudłam... A przy hashimoto (przewlekłe zapalenie tarczycy - przyp. red.), z którym się borykam, jest to bardzo zmienne.



© Szymon Starnawski



Z domu przyjeżdżasz prosto do pracy. I niemalże od razu wchodzisz na antenę.

To zależy kiedy. Ale zawsze w domu czytam aktualne raporty, trudniejsze kwestie analizujemy z synoptykami. Wolę się nie spieszyć, gdyż wtedy po drodze dzieją się różne rzeczy. Dwa razy miałam wypadek samochodowy w drodze do pracy, dlatego kiedy jest cieplej, decyduję się na jazdę rowerem, nawet o szóstej rano. Pokonuję wtedy osiem kilometrów w jedną stronę. To bardzo przyjemne.

Ile trwa praca na antenie? Jak to wygląda?

Nie jesteśmy non stop w programie, tylko mamy gościnne wejścia. Załóżmy, co kwadrans. W TVN BIS mam na przykład cztery wejścia na godzinę. Każde po ok. dwie i pół minuty. Wtedy muszę się włączyć i dać z siebie wszystko, 300% normy i mnóstwo energii. Bo szkło osłabia ten przekaz. Czasami pracuję rano, z przerwą w ciągu dnia, a potem wieczorem. Kiedy mam wolne, śpię w ciągu dnia. Mąż jest bardzo wyrozumiały i nieraz ogarnia sprawy domowe, kiedy odpoczywam.

Traktuję pogodę jako ważną, codziennie zmieniającą się informację. Czytam w sieci artykuły o różnych tendencjach pogodowych, prasę związaną z tą dziedziną, podróżami... Dzięki synoptykom wiem, skąd i jaki układ ciśnienia utworzył się wokół nas i zawsze przed wejściem na antenę patrzę na zdjęcia satelitarne ze świata. Czasem wspominam widzom np. o tym, że śnieżyce pojawiły się w Stanach Zjednoczonych i co jest tego przyczyną. Albo że w Rumunii spadło więcej śniegu niż u nas, a za to odpowiedzialny jest ten sam wyż... Dzięki temu, że traktuję pogodę jako bardzo szeroki temat, nie nudzę się w swojej pracy. I codziennie dowiaduję się nowych rzeczy. Czytam też książki o pogodzie, żeby poszerzyć swój słownik i znać dużo synonimów.
Wielu osobom wydaje się, że opowiadanie o pogodzie jest proste. A ja mam czasami kilkadziesiąt wejść dziennie!
Przez trzy godziny potrafię mieć 12 wejść na żywo, później pięć i jeszcze nagrywam. A umysł cały czas musi być włączony, rześki i czujny.

W pracy zdarzają się wpadki i pomyłki. Jak, na żywo, na nie reagujesz?

Czasem mamy tzw. green box, ale często pracujemy w studio. Wpadki zdarzają się często, ale to jest ciekawe w naszej pracy. Czyni nas bardziej ludzkimi. Oczywiście na merytoryczne pomyłki lepiej sobie nie pozwalać. Co by się nie działo, mówię wtedy do siebie: "nie, wróć!" I poprawiam się. Zazwyczaj wywołuje to pozytywne reakcje u widzów. Kiedy się np. przejęzyczę albo podam inne wartości ciśnień, nie doprecyzuję zmian ciśnienia dla Warszawy czy Gdańska, to staram się naprawiać pomyłkę w następnym wejściu antenowym. Z każdej wpadki należy wyjść z klasą i nie bać się tego. Ale starać się wykonywać pracę jak najlepiej, z najlepszym przygotowaniem.

Jakieś przykłady?

Ostatnio miałam np. problem ze słowem "oblicza" i jego odmianą. Ktoś w mailu napisał mi, jak powinnam poprawnie odmienić to słowo. Wiedziałam o poprawnej odmianie i aż trudno było mi uwierzyć, że zrobiłam taki błąd. Ale to włącza jeszcze większą czujność.


© Szymon Starnawski



Prognozy nie zawsze się sprawdzają. Widzowie mają o to pretensje?

Dlatego, jak je prezentuję, to podkreślam, że: "jest duże prawdopodobieństwo, że...", "wszystko zależy od...". Tłumaczę, dlaczego tak jest, a co może to zmienić.
Jestem w stałym kontakcie z synoptykami, ale jak pojawiają się pretensje od widzów, że coś się nie sprawdziło, to żartem mówię: "wola nieba".

Pracując na żywo musisz być cały czas czujna.

Obserwuję, jaki gość był w programie przed moim "wejściem" i prezentując pogodę czasem staram się nawiązywać do tego, o czym mówił. Na przykład, jeśli opowiadał o Ameryce Południowej, to nawiązuję do sytuacji pogodowej w tym rejonie. Wszyscy w studiu mamy podłączony kanał, tzw. "ucho", z którego przed wejściami na antenę dowiadujemy się, co się dzieje. Bywa tak, że dzień zapowiada się pięknie, mamy mnóstwo tzw. michałków i pozytywnych wiadomości, aż tu nagle – bach! - karambol albo zamach. Wtedy należy zmienić ton. W takich sytuacjach staram się odpowiednio rozpocząć swoją prognozę, żeby nie wyjść niestosownie.

Podchodzę do swojej pracy poważnie, bo to dla mnie zaszczyt i przywilej, że mogę gościć w czyimś domu. Że ktoś poświęca mi te dwie minuty, wysłuchuje mnie i nie przełącza na inny kanał. Dlatego chcę dać jasny i pozytywny komunikat. Nawet jeśli informacje są trudne, chcę przedstawić je rzetelnie i zawsze szukam tej zmiany na lepsze.

A skąd w Twoim życiu zawodowym wzięła się pogoda?

Od zawsze interesowałam się tą tematyką, w podstawówce geografia była moim ulubionym przedmiotem. Później jednak postanowiłam nie zdawać jej na maturze, żeby mi nie zbrzydła (śmiech). Dziś natomiast wiem, że nigdy nie chciałabym zrezygnować z tej pogody, bo to chyba najbardziej bezpieczny segment tematyczny w mediach. A ja jestem kobietą z natury bardzo wrażliwą, empatyczną i chciałabym mieć spokój, żeby np. kiedyś realizować się też jako matka, opiekunka domowego ogniska. A ta tematyka na to pozwala, akurat przy moim charakterze. Pogoda jest, będzie i zawsze była potrzebna.

Wiem też, że nie mogłabym być dziennikarzem newsowym, bo za bardzo wszystko przeżywam. Wolę "programować" ludzi na dobro i pozytywne rzeczy. Poza tym z wykształcenia jestem socjologiem, a to stan umysłu. Ciągle wszystko analizuję. Newsami wolę interesować się hobbystycznie, zawodowo zjadłaby mnie ambicja.(śmiech)


Ale przede wszystkim jesteś też kobietą.

Jakbym miała na coś zwalać, to jestem też "hashimotką", a to też są "przeżywaczki".


© Szymon Starnawski



Wróćmy jeszcze do pogody. Bliscy korzystają z Twojej wiedzy?

Jasne! I mnie, prywatnie, również ta wiedza się przydaje. Analizując pogodę mam względny obraz, wnioski, kiedy najlepiej wyjechać na wakacje. Patrząc na lipiec w poprzednich czterech latach, mogę zauważyć pewne tendencje. To się częściowo sprawdza. Sprawdzają się też prognozy długoterminowe meteorologów. Zresztą tutaj ciągle trwa wojna między amerykańskimi i rosyjskimi naukowcami. Ci pierwsi zazwyczaj przewidują trafniej.

Wracając do Twojego pytania. Mój tato jest budowlańcem, pracuje na świeżym powietrzu, więc kiedy rozmawiam z nim, często mówię, że na przykład w styczniu będzie tęgi mróz na wschodzie (tam, gdzie mieszkają moi rodzice), a na luty prognozy są łagodniejsze. Opowiadam też o pogodzie znajomym. Jak kogoś spotykam, nawet u kosmetyczki, dzielę się swoimi wiadomościami. Poza tym jestem jak barometr. To też sprawa związana z hashimoto. Kiedy ciśnienie ma duże wahania, spadki, jestem na to wrażliwa. Ciśnienie wpływa na moją koncentrację i wiem, że muszę dostosować swoją dietę do konkretnych warunków. Bo inaczej na antenie pojawiają się przejęzyczenia. Antena jest żywa, ale dzięki temu się nie nudzę.

A jak to się stało, że zostałaś najlepszą prezenterką pogody w Europie?

Pojechałam na konkurs, który odbywał się w Austrii. Wcześniej nagrałam prezentację, a na miejscu dodatkowo oceniano naszą pracę. Na trzy dni znalazłam się w sercu Alp i chciałam to maksymalnie wykorzystać. Nagrywałam np. relację z zejścia do szczeliny lodowcowej, niesamowite przeżycie i obrazek. Oceniono nasz entuzjazm, serdeczność, otwartość i większość oddała na mnie głosy. Naprawdę nie spodziewaliśmy się tego. Maksymalnie obstawialiśmy trzecie miejsce. Kiedy już je ogłoszono, a nie byłam to ja, pojawiło się małe rozczarowanie. Usłyszeć swoje nazwisko przy ogłaszaniu pierwszego miejsca, to było coś! Szczególnie, że zdobyło się uznanie wśród ludzi, którzy mają ogromne doświadczenie w tym zawodzie, są ikonami, np. niemieckiej stacji telewizyjnej RTL. To bez wątpienia dodało mi skrzydeł i utwierdziło w przekonaniu, że obrałam dobry kierunek w interpretowaniu i przekazywaniu prognoz. Sprawiło też, że od początku chcę trzymać co najmniej taki poziom i stale się rozwijać, wykonywać swoją pracę jak najlepiej.

Poza pracą prowadzisz też bloga, na którym opisujesz swoją chorobę tarczycy, hashimoto.

Odkąd cztery lata temu dowiedziałam się o swojej chorobie, przeszłam rewolucję w stylu życia. Najpierw miałam pół roku buntu - "dlaczego nie mogę jeść tego, co chcę? Nie zgadzam się na to!" Później zaczęłam więcej czytać na ten temat, rozmawiać z ludźmi, przeglądać badania głównie z Zachodu i dowiedziałam się, że faktycznie jesteśmy tym, co jemy oraz jakie reakcje następują w naszym organizmie w związku z przetworzoną żywnością. Dziś mam w miarę określoną dietę, chociaż wracają momenty buntu. Wtedy pozwalam sobie na przyjemności, a nawet na tygodnie przyjemności (śmiech).

Opowiedz mi o Twoim codziennym rytuale. Pijesz dziwne mikstury...

To wygląda dokładnie tak: wstaję rano, biorę lek. Gotuję wodę i robię któryś z rozgrzewających naparów - z cytryny, octu jabłkowego albo rumianku, żeby organizm nie przyzwyczajał się do jednej wersji. Taki napój musi rozgrzać śledzionę i pozostałe organy na cały dzień. Piję 250 ml naparu podczas malowania się. Po pierwszym wejściu na antenę (godz. 6.35 lub 7.15 ) jem śniadanie.

Czasami, jak wracam z wyjazdów, na przykład na Śląsk, gdzie zostaliśmy ugoszczeni tradycyjną, ciężką kuchnią (np. kluskami śląskimi czy żurkiem, czyli potrawami, których nie powinnam jeść przy hashimoto), to muszę odreagowywać to przez tydzień. Wodę zatrzymaną w organizmie tuszuję ubiorem, ale mózg gorzej mi wtedy funkcjonuje – koncentracja i refleks są zaburzone. Mam nieraz problem z wysłowieniem się albo nawet powiedzeniem "dzień dobry". Takie zmiany najlepiej motywują do przestrzegania zasad, które pomagają tę chorobę usypiać.

Prowadzisz bardzo osobistego bloga. Dlaczego powstał?

To nie jest sposób na zarabianie. To bardzo osobisty, nieregularny notatnik. Punktem wyjścia była moja choroba. Tak dużo rzeczy się o niej dowiedziałam, że chciałam mieć miejsce, w którym te wszystkie informacje zbiorę. A że w dzieciństwie też prowadziłam pamiętniki, to pomyślałam o blogu. Dużo osób pytało mnie o chorobę, więc postanowiłam zamieścić to w sieci i odsyłać tam ludzi. Sfera bloga rozwija się wraz z większą liczbą zapytań o wyjścia, modę, itp. Lubię to hobbystycznie i umiarkowanie się tym dzielę. Kiedyś rozszerzę to o kuchnię.

Na Twoim blogu znajdziemy wiele porad na temat odżywiania. Ostatnio modna jest np. dieta Paleo. Testowałaś?

Bardzo ją polecam. W przypadku mięsa warto jednak kupować je od sprawdzonego źródła. Ja mam osiedlowy sklepik, w którym sprzedawane jest mięso z mojego rodzinnego Podlasia. Według mnie, powinniśmy jeść je najwyżej dwa razy w tygodniu. W Paleo jest go za dużo. Zanim jednak przystąpimy do takiej zmiany odżywiania, warto zrobić sobie badania na nietolerancję pokarmową.

Dieta Paleo jest dobra dla osób z hashimoto, bo składa się z produktów nieprzetworzonych. Dobrze wybierać drób, ale nie kurczaka, tylko indyka. Ja np. często przyrządzam buliony. Robię je z nóżek i golonki z indyka, dodaję czasem wątróbkę cielęcą, taka różnorodność wzbogaca smak, a nóżki i golonka to źródło naturalnego kolagenu. Później to zamrażam, a kiedy mam potrzebę, robię z tego zupę cebulową lub krem pomidorowy.

Często stosuję też dietę protokołu autoimmunologicznego. To takie "okrojone Paleo". Nie można wówczas jeść kasz, by zredukować trochę przeciwciała, które przy hashimoto atakują tarczycę. Ale sprawa jest jeszcze bardziej złożona. I tak naprawdę, dla każdego jest dobre coś innego.


© Szymon Starnawski


A teraz też jesteś na diecie?

Dieta to coś tymczasowego, ale u mnie to już styl życia. Często wracam do zasad protokołu. Redukuję gluten i nabiał. Jeśli już, to jem nabiał owczy, a jak krowi, to tylko podpuszczkowy – bez kazeiny, ale i tak dzieje się to sporadycznie. Staram się jeść dużo warzyw i owoców, pić mnóstwo wody oraz dużo spać. Nawet od godz. 13.30 do 19. Przy hashimoto zdarzają się też bóle mięśni i stawów. Czasem potrzebuję nawet 30 minut leżenia w łóżku, żeby wstać...

Jeżeli chodzi o dietę, to robiłam też post doktor Dąbrowskiej. To cudowny przełom w odżywianiu! Szczególnie przy rozregulowanym trybie pracy. Czuję się na tej diecie fantastycznie! Niskoskrobiowe warzywa, trzy rodzaje owoców – cytryny, grejpfruty i jabłka. I ważne: nie przekraczam 600 kcal dziennie, resztę kalorii organizm czerpie ze złogów, chorych tkanek. Dlatego trzeba restrykcyjnie przestrzegać zasad, by nie wyłączyć żywienia wewnętrznego. Post robi się od 2 do 6 tygodni. Ja raz robiłam 4, a ostatnio dwutygodniową "przypominajkę" i teraz stopniowo wychodzę z postu. Mam wówczas mnóstwo energii. Tylko bardzo ważne jest to, żeby nie jeść nic poza wyznaczonymi składnikami. Nawet nie mogę przyjmować komunii świętej, bo wyłącza to proces wewnętrznego żywienia organizmu...

Dlaczego?

Kiedy przestrzegamy tego postu dokładnie, organizm resztę potrzebnych kalorii pobiera ze środka organizmu – ze złogów w jelitach, zwyrodnień stawowych, tłuszczu. Jeśli naruszymy którąkolwiek z zasad – nasz organizm automatycznie wyłącza się z tego specjalnego trybu, a my jesteśmy po prostu na diecie niskokalorycznej, która do niczego dobrego nie prowadzi. Przy poście dr Dąbrowskiej, mimo małej ilości jedzenia, ma się dużo energii. Kurację można stosować maksymalnie 6 tygodni, później wyprowadzanie: pierwszy tydzień je się 800 kcal i wprowadza dodatkowe produkty. Potem jest 1000 kalorii i 1200 w trzecim tygodniu. I jeśli stopniowo wychodzimy z tej diety, nie ma efektu jo-jo. Wracają 2-3 kilogramy. Warto takie detoksy robić raz w roku, jeśli zdrowie nam na to pozwala. Wcześniej najlepiej poprzedzić dietę konsultacją z lekarzem.

A jak na co dzień radzisz sobie z hashimoto?

Stosuję terapię hormonalną i na bieżąco chodzę do endokrynologa. I dopóki nie mam dzieci, nie zamierzam stosować tylko niekonwencjonalnych metod, na przykład hormonów tarczycy świńskiej, zamawianych z Holandii czy Niemiec. Ważna jest suplementacja selenem, witaminą D, cynkiem. Odpowiednia suplementacja ma ogromne znaczenie.

Zmienię temat. Jesteś aktywna w mediach społecznościowych. Uważasz, że to klucz do sukcesu w Twojej branży?

Uważam, że jest to niezbędne. Na socjologii analizowałam społeczeństwo sieci i to, jak się rozwija. Starsi koledzy po fachu mówią: "Ania, może ciebie za dużo jest w tej sieci", ale wtedy tłumaczę, że dzieli nas nawet dekada. I to jest naprawdę różnica pokoleń. Facebook czy Instagram to kanały komunikacji, które są potrzebne ludziom pracującym w mediach. Dzięki nim docieramy do naszych odbiorców, również tych młodych, dla których sieć to coś zupełnie naturalnego. A jak chcemy być wiarygodni, to musimy być z tego samego świata, a przynajmniej go rozumieć. W telewizji treści są ekskluzywne, a to, czego nie pokażemy, możemy zaprezentować w kanałach internetowych. Chcę pokazać moim odbiorcom w sieci, jak cieszyć się życiem i jak wymagać od siebie więcej, jak dawać z siebie więcej i jak doceniać codzienność.

Na koniec zapytam jeszcze o słowo "pogodynka". Zauważyłam, że za nim nie przepadasz.

Określenie „pogodynka” jest pejoratywne, pełne stereotypów i uprzedzeń. Owszem, mamy estetycznie wyglądać na ekranie, ale to jak każda pani czy pan w telewizji! Poza tym dla mnie to duży przywilej, że mam pracę, która wymaga ode mnie dbania o siebie. Korzysta na tym również mój mąż. (śmiech).


Rozmawiała Sonia Tulczyńska, dziennikarka warszawa.naszemiasto.pl



Anna Dec jest prezenterką pogody w Grupie TVN, a także aktywną osobą w kwestii zdrowego stylu życia. W 2014 roku zdobyła nagrodę najlepszej prezenterki pogody w Europie. Prowadzi bloga o swojej chorobie hashimoto, gdzie wspiera kobiety. Oprócz tego na swoim koncie ma doświadczenia aktorskie. Interesuje się urodą i modą (lubi się nią bawić). Prywatnie - szczęśliwa żona.

Komentarze (8)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

gość (gość) (Poszcząca )

Właśnie poczytałam sobie na temat diet dla chorych na hashimoto. Paleo to tylko jedna z możliwości. Są zbilansowane diety wegetariańskie, a nawet wegańskie.

GOSC (gość) (gość)

Pogodynka - brzmi jak paniusia w krótkiej spódniczce i sory ale ja tak określałam te osoby. Prezenter pogody ma już inny wydźwięk. Zluzuj!

Poszcząca (gość) (niezabijaniuzwierząt!)

I jeszcze jedeno. Osoby z Hashi i nie tylko skazane są na zasady diety Paleo i dostarczanie pełnej grupy witamin i innych symubstancji odżywczych, występujących tylko w mięsie. Chociaż raz w tygodniu. Znam wiele takich osób, które musiały wrócic do jedzenia mięsa właśnie ze względów zdrowotnych. Trochę więcej zrozumienia.

Fantastyczna (gość) (gość)

Oni nie byli tak określani. Byli po prostu i aż Chmurką i Wicherkiem. Ukłony dla nich. Tu zdecydowanie chodzi o coś zupełnie innego z czym nie sposób się nie zgodzić.

Poszcząca (gość) (niezabijaniuzwierząt!)

Nie chodzi tu o tolerancje pokarmowe tylko cały mechanizm działający na poście owocowo-warzywnym, który działa tylko przy żelaznym przestrzeganiu zasad. To wykluczenie tylko na czas postu,a wiele osób nie ma tej świadomości i przystępując do komunii, wyłącza ten mechanizm i może zrobić sobie krzywdę dietą niskokaloryczną. Wszystkie zasady ładnie opisane są w książce i omówione na wykładach przez dr Dąbrowską.

gość (gość)

"Na koniec zapytam jeszcze o słowo "pogodynka". Zauważyłam, że za nim nie przepadasz."

Odpowiedź pani PREZENTERKI pogody - "Określenie „pogodynka” jest pejoratywne, pełne stereotypów i uprzedzeń..." Czyżby??? Dwoje naszych najsłynniejszych prezenterów pogody z czasów PRL-u to Czesław Nowicki i Elżbieta Sommer. Mało kto znał ich nazwiska, za to wszyscy wiedzieli, kim jest cudowny, pełen humoru i niebanalnych pomysłów Wicherek i sympatyczna Chmurka. To też były pejoratywne określenia?

niezabijaniuzwierząt! (gość)

Elementy diety pani pogodynki - "Dobrze wybierać drób, ale nie kurczaka, tylko indyka. Ja np. często przyrządzam buliony. Robię je z nóżek i golonki z indyka, dodaję czasem wątróbkę cielęcą, taka różnorodność wzbogaca smak, a nóżki i golonka to źródło naturalnego kolagenu..." Chyba zwymiotuję. A pomyślała pani o tym biednym cielaku??? Od osób publicznych oczekiwałabym trochę więcej empatii. Jeśli już pani MUSI to jeść, to niech przynajmniej tego nie promuje. I jeszcze jedno - pani mówi: "Nawet nie mogę przyjmować komunii świętej, bo wyłącza to proces wewnętrznego żywienia organizmu...Brrr! Komunia Święta i żywienie organizmu - to brzmi strasznie! Może należałoby do końca wyjaśnić, o co chodzi, bo NA PEWNO nie o symbol Ciała Chrystusa, tylko o tradycyjny komunikant z mąki pszennej z glutenem! Na Konferencji Episkopatu Polski w marcu 2009 przyjęto, iż osoby z nietolerancją glutenu mogą przyjmować komunię św. pod postacią niskoglutenowych komunikantów, więc wystarczy wcześniej zgłosić swemu proboszczowi, a on je sprowadzi. Np. w Warszawie w kościele p.w. Świętego Ducha u Ojców Paulinów w każdą niedzielę podczasjednej z Mszy św. wiernym na diecie bezglutenowej jest udzielana komunia św. w postaci hostii niskoglutenowych bez konieczności wcześniejszego zgłoszenia. I jeszcze jedno - celebryci to nie lekarze, ani nie dietetycy. Byłabym zatem bardzo zdystansowana do tych osobistych dietetycznych doświadczeń pani pogodynki.

gosc (gość)

Ciekawe jak by wyglądał świat, gdyby kobiety w ogóle się nie malowały? Może okazałoby się, że to mężczyźni są ładniejsi? Przecież oni się nie malują a kobiety i tak za nimi "latają" :P A jeśli kobieta się nie umaluje, to nikt za nią nie spojrzy bo nie wygląda "sexy". Dziwny jest ten świat ;-)