Autor:

2017-06-02, Aktualizacja: 2017-06-02 12:01

Artur Ruciński: Kiedyś śpiewacy byli noszeni na rękach

Choć mieszka w Warszawie, przez większość czasu jest poza granicami Polski. Kariera śpiewaka operowego wbrew pozorom nie jest lekka, łatwa i przyjemna. Z Arturem Rucińskim, jednym z najlepszych barytonów na świecie, rozmawiamy o rolach, na które przyjdzie jeszcze czas oraz podróżach – nieodłącznym elemencie kariery.

Artur Ruciński to jeden z najbardziej znanych śpiewaków operowych na świecie. Występował w najlepszych salach koncertowych: Metropolitan Opera w Nowym Jorku, La Scali w Mediolanie czy Royal Opera House Covent Garden w Londynie. Śpiewał najbardziej znane arie z "Madama Butterfly", "Romea i Julii" czy "Carmen". Wkrótce, będzie niepowtarzalna okazja, żeby usłyszeć go na żywo – w Warszawie, na Festiwalu Mozartowskim. To jego ostatni występ w tym roku w naszym kraju.

W Tokio czy w Nowym Jorku publiczność opery jest podobno najbardziej żywiołowa…

… może nie żywiołowa, ale to uwielbienie po spektaklu jest inne. W Tokio stały do nas godzinne kolejki!

… w związku tym czuje się pan jak gwiazda pop?

To już nie są te czasy, kiedy śpiewacy byli noszeni na rękach. Oczywiście jest Placido Domingo czy Anna Netrebko i wielu innych, którzy są tak wielbieni. To nie są jednak te czasy, gdy byliśmy popgwiazdami, jak chociażby w latach 50. czy 60. ubiegłego wieku. Gesty sympatii są bardzo miłe, bo ja śpiewam dla publiczności, dla ludzi. Jeżeli wzruszam lub jeśli swoją postacią – chociażby Don Giovannim – udało mi się wzbudzić niechęć, to znaczy, że odniosłem sukces, bo w sposób prawdziwy przestawiłem emocje, nie tylko grą, ale i śpiewem. Uwielbienie to jest symbol tego, że wykonujemy swoją pracę dobrze.



Pojawiła się informacja, że majowy koncert w Szczecinie będzie pana jedynym występem w Polsce w tym roku. Teraz okazuje się, że zobaczymy pana także w Filharmonii Narodowej w Warszawie.

Tak miało być, że w tym roku zaśpiewam tylko raz w Polsce. W momencie, gdy przygotowana była kampania promocyjna mojego recitalu w Szczecinie, kontrakt między Operą Kameralną a moim managerem był jeszcze negocjowany. Tak szczęśliwe dla mnie się złożyło, że odwołany został mój występ w Salerno we Włoszech, gdzie miałem śpiewać Ashtona w "Łucji z Lammermooru" pod batutą Daniela Orena. Dzięki temu, że nie jestem we Włoszech, mogę przygotować się na występ 12 czerwca w Filharmonii Narodowej.

Występ w Warszawie będzie powrotem do domu?

Cieszę się podwójnie, bo instytucja Opery Kameralnej jest bliska mojemu sercu. Tutaj rozpoczynałem karierę, a świętej pamięci Stefan Sutkowski był moim pierwszym dyrektorem. Nie zapomnę, że wtedy zaprosił mnie do współpracy, mimo że byłem dopiero studentem. Przyjeżdżając niespodziewanie do Warszawy, chcę oddać hołd pamięci niedawno zmarłemu Stefanowi Sutkowskiemu, osobie wielce zasłużonej dla kultury i dla tej instytucji. Dodatkowo będę miał możliwość spotkania się z warszawską publicznością, dla której zawsze z wielką radością śpiewam.


Autor zdjęcia: Andrzej Banas

Bo pan pochodzi z Warszawy…

Tak, urodziłem się i mieszkam w Warszawie, tutaj jest moja rodzina. Nie zamierzam się stąd nigdy wyprowadzać.

Jednak tych dni, kiedy jest pan w stolicy, jest chyba jednak bardzo mało.

Obecnie jest ich bardzo mało. W następnych latach przez 90 proc. roku będę poza domem. To jest ciemna strona robienia kariery, rozłąka z rodziną, choć oczywiście towarzyszą mi, kiedy tylko mogą. Nasz syn w tym roku pójdzie do szkoły, więc te podróże będą ograniczone. Poza tym niedługo powitamy też na świecie drugiego syna.
Rozłąka - to jest koszt, który śpiewacy operowi, robiący kariery na najwyższym poziomie, muszą zapłacić. Zawsze staram się zachować balans. Nie przyjmuję wszystkich propozycji.
Proszę też mojego menadżera, żeby były to propozycje z Europy, bo stąd jest łatwiej przylecieć do Warszawy między spektaklami. Rodzina jest dla mnie na pierwszym miejscu i nie są to słowa rzucane na wiatr.



Mówił pan, że propozycja roli Don Giovanniego (główna postać opery o tym samym tytule, Ruciński wcieli się w tę rolę 12 czerwca w Filharmonii Narodowej – przyp. red.) pojawiała się dużo wcześniej, ale wtedy odmawiał pan jej przyjęcia. Zostawia pan sobie pewne furtki, role, które musi pan jeszcze zagrać, by spełnić się zawodowo?

Czuję się bardzo spełniony jako artysta, dlatego, że mam możliwość występowania w teatrach, o których zawsze – będąc studentem – marzyłem.
Są role, na które sobie jeszcze daję czas. Nie chcę śpiewać tylko ról ojców i starców, bo jestem na to za młody. Wyzwania takie jak Don Giovanni, to są perełki, które dobieram sobie w odpowiednim czasie. Odmawiałem tej roli wielokrotnie, bowiem według mojej estetyki, 15 lat temu mój głos jeszcze nie zabrzmiałby tak, jakbym sobie tego życzył. Śpiewając włoskie bel canto, a potem role verdiowskie, poczułem, że to jest już ten czas. Zadebiutowałem w zeszłym roku w Opera Bastille w Paryżu. Dyrygent, realizatorzy i cała produkcja pytali, która jest to moja rola Don Giovanniego. Właśnie o taki efekt mi chodziło, żeby wszyscy myśleli, że ja tę rolę śpiewałem wiele lat. W tym roku, ze względu na to, że zostałem zaproszony przez Operę Kameralną, mam możliwość zaśpiewania Don Giovanniego po raz pierwszy dla polskiej publiczności. A przy okazji mam możliwość oddać hołd bliskiej mojemu sercu osobie – Stefanowi Sutkowskiemu oraz instytucji, w której stawiałem pierwsze kroki.

Rozmawiał Piotr Wróblewski, dziennikarz naszemiasto.pl

Główne zdjęcie: Piotr Krzyżanowski



Autor zdjęcia: Andrzej Banas

Artur Ruciński wystąpi 12 czerwca w Filharmonii Narodowej w ramach 27. edycji Festiwalu Mozartowskiego. Bilety w cenie: parter 90 – 110 zł, balkon 40 – 70 zł. Poza tym w programie "Così fan tutte" pod dyrekcją Friedricha Haidera (po raz pierwszy w historii Festiwalu wykonane z udziałem orkiestry, grającej na instrumentach historycznych), "Uprowadzenie z seraju" (wersja marionetkowa dla dzieci), "Czarodziejski flet" (z udziałem Rafała Siwka, święcącego triumfy w Teatro alla Scala w Mediolanie, Opernhaus Zurich, Deutsche Oper w Berlinie, Teatrze Bolszoj w Moskwie czy Teatrze Maryjskim w Sankt Petersburgu) i "Wesele Figara". Widzowie będą mieli okazję wysłuchać również wielkich dzieł wokalno-instrumentalnych Mozarta: "Requiem" i "Mszy c-moll". Ponadto, w programie festiwalu znajdą się m. in.: koncert skrzypaczki Sirkki Liisy Kaakinen, recital Olgi Pasiecznik czy rekonstrukcja historyczna koncertu Mozarta z 23 marca 1783 roku. Część wydarzeń będzie odbywać się w plenerze, m. in. w warszawskich Łazienkach czy na placu Defilad.

Festiwal Mozartowski odbędzie się w terminie 12 czerwca – 15 lipca 2017. W tym roku zorganizowana zostanie już 25 edycja wydarzenia.

Komentarze (4)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Agata (gość)

Miałam okazję i ogromną przyjemność wysłuchać śpiewu Pana Artura w ubiegłym roku w Krynicy. Wielki głos. Śpiewa przepięknie,aż ciarki przechodzą.

Jan (gość)

Dobrze, że ten artysta jest wierny idei Warszawskiej Opery Kameralnej. To zawsze przyjemność go słuchać.

m30 (gość)

Z Panem Arturem jako solistą miałem wiele razy okazję śpiewać jako chórzysta. Zawsze się wyróżniał rzeczywiście dobrym i czystym głosem ze świetną barwą i niezłą dykcją. Niestety to nie jest norma wśród śpiewaków polskich... Szczerze gratuluję Panu Arturowi, że udało mu się wybić. Zawsze mu kibicowałem. Powodzenia!