Autor:

2017-06-16, Aktualizacja: 2017-06-16 09:03

Ibáñez: Świat jest zagubiony jak w serialu "Lost"

Wielowątkowa powieść „Lśnij, morze Edenu" Andresa Ibáñeza została okrzyknięta miksem „Władcy much" Goldinga, „Burzy Szekspira" i słynnego serialu „Lost" . Autor, nazywany najlepszym pisarzem swojego pokolenia w Hiszpanii, opowiada nam, jak poradzić sobie ze światem pogrążonym w kryzysie i namawia do medytacji.

Andrés Ibáñez urodził się w Madrycie w 1961 roku. Jest poetą, pisarzem i pianistą jazzowym. W wieku pięciu lat napisał własną wersję "Don Kichota". W 1989 roku wyjechał do Nowego Jorku, gdzie spędził siedem lat, tworząc po angielsku sztuki teatralne. To najlepszy pisarz swojego pokolenia w Hiszpanii. Autor kilku doskonale przyjętych powieści oraz zbioru opowiadań. Współpracuje z „ABC Cultural”, gdzie prowadzi własną rubrykę. Książka "Lśnij, morze Edenu" to jego pierwsza przetłumaczona na język polski powieść. Opowiada o lecącym z Los Angeles do Singapuru samolocie pasażerskim, który rozbija się pośrodku Pacyfiku, a dziewięćdziesięcioro pozostałych przy życiu rozbitków trafia na z pozoru bezludną, rajską wyspę. W maju autor odwiedził Warszawę i Kraków.

Pana książkę „Lśnij, morze Edenu” porównuje się do „Burzy” Szekspira, „Władcy much” Goldinga i serialu „Lost”. Trafnie?

Bardzo podoba mi się to porównanie do Szekspira. Ale niestety, jest prawdą, że to serial „Lost” spowodował, że postanowiłem napisać tę książkę. To miała być moja osobista wersja „Lost”.
Powstanie książki jest zawsze czymś bardzo tajemniczym, to coś, co jakby leży w przeszłości autora.
Potem następuje pewien impuls, coś się wydarza i pisarz widzi książkę. W moim przypadku to był serial, a konkretnie finał trzeciego sezonu. Jest tam taka scena, w której widać siedzącego Johna Locke i cały pejzaż wyspy. I wtedy ja odczułem, że na tej wyspie znajduje się łąka. To łąka, która występuje w książce, coś w rodzaju magicznego ogrodu, który pojawił się także w mojej pierwszej powieści. Gdy zobaczyłem tę scenę w filmie, poczułem, że ktoś wszedł na tę łąkę i że muszę o tym opowiedzieć. To oczywiście niejedyna inspiracja z serialu „Lost”, czyli „Zagubieni”. Jest też wiele innych rzeczy, które mi się spodobały.

Co jeszcze zainspirowało pana do napisania tej powieści?

W serialu spodobało mi się, że rozbitkowie są tak totalnie zagubieni, podobnie jak my w naszych czasach. Niczego nie rozumiemy, nie wiemy, o co chodzi w świecie. I to pokazałem w książce. Interesujące wydało mi się także pokazanie tego, że mieszkańcy wyspy nie pomagają rozbitkom, ale wręcz narażają ich na nieprzyjemności, ścigają, pakują do więzienia, torturują. Pytanie, dlaczego tacy są, skoro ci ludzie to nieszczęśnicy, którzy nie mają domu, nie mają niczego?
I wtedy zdałem sobie sprawę, że to pytanie jest takim prawdziwym pytaniem, dlaczego nie pomagamy ludziom, którzy nas otaczają? Dlaczego nie pomagamy tym, którzy tej pomocy potrzebują?


Przyznam, że mnie pańska książka skojarzyła się jeszcze z innym utworem literackim, mianowicie z „Odyseją”. Główny bohater odbywa podróż, jest rozbitkiem, nabywa wiele nowych doświadczeń, spotykając mieszkańców wyspy oraz ma przeróżne doświadczenia z kobietami. Ostatecznie wraca do swojej kobiety, jak Odys do Penelopy.

To bardzo interesujące. Jestem zachwycony taką interpretacją mojej książki. Muszę o tym pomyśleć. Ale już teraz powiem, że bardzo mi się to podoba. Tym bardziej, że istnieje teoria, że tak naprawdę są tylko cztery historie i w literaturze zawsze opowiadamy jedną z nich. Jedną z tych uniwersalnych historii jest „Odyseja”, a kolejne trzy to „Iliada”, czyli walka o miasto, życie Chrystusa, czyli opowieść o człowieku, który się poświęca oraz „Tristan i Izolda”. Zresztą opera „Tristan i Izolda”, oparta na micie o miłości, to moje ulubione dzieło muzyczne. A film, który bardzo cenię, to „Stalker” Tarkowskiego. Mam wrażenie, że w swoich powieściach zawsze piszę o tej historii, którą już opowiedział Tarkowski.



© arch. Kino Atlantic/ Patryk Sokołowski



Ma pan pewne cechy wspólne z bohaterem „Lśnij, morze Edenu”?

Juan ma coś wspólnego ze mną, ale nie jest to moje alter ego, bo mimo wszystko jest między nami bardzo wiele różnic.
Mój książkowy bohater jest rodzajem kota… Jak kot lubi dobre życie, wygodę, rozrywki, jest hedonistą i wielkim uwodzicielem. Uwielbia kobiety i nie jest w tym do mnie podobny.


Zepsuł mi pan pytanie! Tak realistycznie opisuje pan erotyczne przygody Juana, że chciałam zapytać, czy są one zapisem pańskich doświadczeń

Absolutnie nie (śmiech). Skąd ten pomysł? Nie jestem i nie będę uwodzicielem, w przeciwieństwie do Juana. On zresztą miał pełną listę kobiet, z którymi spał podczas swojego pierwszego roku studiów.

Odniosłam wrażenie, że ta lista ma w powieści znaczenie wręcz magiczne.

To prawda. W „Lśnij, morze Edenu” jest wiele list. Ja bardzo lubię listy. Myślę, że lista to jest gatunek typowy dla naszej epoki, gatunek typowo postmodernistyczny. We wcześniejszych utworach literackich nie było tylu list, były wyliczenia, a myślę, że jest pomiędzy nimi spora różnica. Listy to jest coś nieodpartego. Jak człowiek zaczyna je robić, to nie może przestać. Wśród powieściowych list jest właśnie ta zawierająca wszystkie kobiety, z którymi Juan przespał się podczas pierwszego roku studiów. To jest bardzo zabawne, a przy okazji wiele mówi o bohaterze.

Wróćmy do podobieństw między panem a Juanem. W czym jesteście podobni?

Ale czego pani szuka? Co chciałaby pani, żebym powiedział? (śmiech) Chodzi o te kobiety? No dobrze, podobieństwa są m.in. takie, że obaj urodziliśmy się w Madrycie, Juan studiował muzykę, jest kompozytorem. Ja studiowałem kompozycję, ale nigdy nie zostałem kompozytorem, chociaż bardzo chciałem nim zostać. Jesteśmy w podobnym wieku, mniej więcej, Juan jest trochę młodszy. Ale na tym koniec podobieństw.

Pańską książkę porównywano do wielu utworów. O czym tak naprawdę jest „Lśnij, morze Edenu”? Czy to literacka fantazja, powieść przygodowa, pewnego rodzaju moralitet?

To trudne pytanie.
Tak generalnie chodziło mi o to, aby pokazać czytelnikom inny sposób życia, inny sposób zrozumienia.
Pokazać, jak można wyjść z gry, w której tkwimy, uwolnić się od tych reguł, które akceptujemy, chociaż nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. I również, aby wydobyć się z wierzeń, przekonań, które nas zamykają. Jest wiele historii w tej książce, które mają czytelnikowi to pokazać. Jedną z centralnych, najważniejszych opowieści jest historia Wade'a, w której opowiada, jak zaczął zajmować się budowaniem świątyń. Wade to wędrowiec, który zmienia często pracę. Nie ma żadnych więzi, nie ma rodziny, kobiety, dzieci. Ale w pewnym momencie zaczyna się poświęcać konstruowaniu świątyń, których wzory zaczerpnął z inspiracji hinduskich. Nikt nie wie, dlaczego Wade buduje świątynie. Również on sam. I musi upłynąć wiele czasu, zanim zda sobie sprawę, że każdy, kto buduje świątynię, kończy zamknięty w tej świątyni.

Książka kończy się w ten sposób, że bohater odnajduje sens życia przy swojej dawnej kobiecie, zajmując się medytacją, wierzeniami hinduistycznymi. Czy to jest proponowana przez pana droga na wydostanie się z klatki wierzeń i przekonań, które nas ograniczają?

To nie tak.
Byłoby to bardzo próżne z mojej strony uważać, że znam rozwiązanie, idealne wyjście dla ludzi.
Byłoby to też dziwne, że pisząc powieść o uwalnianiu się z wierzeń, na końcu proponuję własne rozwiązanie, religię, która wydaje mi się wyjściem. Tak nie jest. Chciałem tylko przekazać czytelnikom, że powinniśmy zacząć medytować, więcej myśleć o naszym życiu. W moim życiu medytacja jest jednym z największych odkryć – poza odkryciem literatury i muzyki.

Czyli medytacja to nie tylko proponowane przez pana doświadczenie, ale także coś, co również łączy pana z głównym bohaterem.

W pewien sposób tak, łączy nas to, ale każdy z nas doszedł do tej medytacji w inny sposób. Juan nie interesuje się niczym. Dopiero okoliczności pod koniec powieści sprawiają, że ma kontakt z tym aspektem, którego wcześniej w ogóle nie zauważał. Ja praktykuję medytację i jogę już od 25 lat. Razem z żoną mamy małe centrum jogi nidra, gdzie m.in. robimy warsztaty. Mój mistrz jogi nidra, który zresztą jest także postacią w mojej książce, mówi mi, że to jest bardzo dobre dla mnie ćwiczenie. Bo nidra to ten rodzaj jogi, który używa wizualizacji. To znakomita rzecz dla pisarza. Bo niestety pisarze za bardzo skupiają się na mózgu, nie są zbyt uczuciowi, nie odbierają świata uczuciami, ale próbują go zrozumieć.

W „Lśnij, morze Edenu” szczególną rolę odgrywa wyspa, na którą dostają się rozbitkowie. Czym ona jest?

Kiedy ktoś o to pyta, to z reguły ma już gotową odpowiedź. Ale dla mnie wyspa jest bohaterem, postacią, żywą istotą, istnieniem. Porównałbym ją do oceanu w filmie „Solaris” Tarkowskiego. Problem w tym, że ocean rozumie ludzi, natomiast ludzie nie rozumieją oceanu. Podobnie jest w mojej książce. Wyspa jest istotą z własną inteligencją, która chce bohaterom coś przekazać. Problem w tym, czy bohaterowie rozumieją, co chce im powiedzieć. Na końcu powieści czytelnik może odnieść wrażenie, że pomimo okropności, jakie się wydarzyły bohaterom, wyspa każdemu z nich dała coś szczególnego, każdego obdarowała. Zmieniła ich dalsze życie.

Podobno już jako kilkuletnie dziecko napisał pan książkę.

To prawda. Tam, gdzieś, w Hiszpanii ta książka nadal jest. Myślę, ze w domu mojej mamy, razem z innymi papierami z mojego dzieciństwa. Byłem w przedszkolu, miałem 5 lat i opowiadali nam historię Don Kichota. I tak mi się spodobała, że postanowiłem napisać jej własną wersję.

A ile czasu zajęło panu napisanie „Lśnij, morze Edenu”?

Całe 3 lata. Niedługo, bo swoją pierwszą dorosłą powieść pisałem 11 lat, a kolejną 8 lat.

Nad czym pracuje pan teraz?

Ostatnio napisałem powieść fantastyczną, której akcja rozgrywa się w średniowieczu „La duquesa ciervo”, a w środku, w czasie tworzenia tego fantasy, napisałem jeszcze powieść poetycką, która się rymuje „El rostro verdadero”. Napisałem także serię felietonów o lustrach. W najbliższym czasie chcę rozpocząć drugą część opowieści fantasy.

Rozmawiała Małgorzata Stuch
Zdjęcie główne: Alicja Brus

Komentarze (1)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

zl (gość)

TVP wplątałą Marylę Rodowicz w zamieszanie wokół Opola? Czy może wplątała ją politycznie natchniona koleżanka i presja tych przedstawicieli środowiska, którzy zechcieli zostać pluszowymi męczennikami? (Ona sama, zdaje się, tego zamieszania nie chciała).