Autor: Kinga Czernichowska

2017-01-06, Aktualizacja: 2017-01-17 15:39

Zbigniew Cybulski. Nasz polski James Dean

- W tamtych czasach w Polsce nieznane było pojęcie gwiazdy. Wydawało się nam, że na to miano zasługują tylko zagraniczni artyści, jak Elvis Presley. Dziś nie ma wątpliwości, że Zbyszek był gwiazdą - mówi Henryk Tas, znajomy aktora, wieloletni pracownik Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu, który poznał Cybulskiego podczas kręcenia filmu "Popiół i diament". Aktor zginął tragicznie 50 lat temu pod kołami pociągu na Dworcu Głównym we Wrocławiu. Miał 40 lat.

Zbigniew Cybulski zaczynał w 1954 r. od roli Kostka w filmie "Pokolenie" w reż. Andrzeja Wajdy. Obok niego na planie pojawili się inni młodzi aktorzy: Tadeusz Łomnicki, Roman Polański i Tadeusz Janczar. Do tego filmu wraca po latach reżyser Janusz Zaorski w swoim dokumencie "Pokolenia". To 100-minutowa historia kina, nawiązująca do 50 spośród 450 tytułów filmowych zrealizowanych w Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu.

Zaorski ożywia w swoich "Pokoleniach" także Zbigniewa Cybulskiego. Do tej roli wybrał aktora, który łudząco przypomina "polskiego Jamesa Deana", bo tak o Cybulskim pisały kiedyś gazety. 8 stycznia minie 50 lat od tragicznej śmierci Zbigniewa na dworcu we Wrocławiu. Wracał z planu zdjęciowego do filmu "Morderca zostawia ślad".


© Materiały prasowe



Tragiczna śmierć

To była ironia losu. Cybulski niejednokrotnie wskakiwał do pociągów podczas pracy nad filmami. W "Pociągu" aktor wcielający się w rolę konduktora zwraca mu nawet uwagę, wygłaszając w 77. minucie kwestię: "Wsiadaj pan! No wsiadaj pan! Koniecznie chce pan trafić do szpitala".

- Wtedy mieliśmy zupełnie inne czasy, inaczej kręciło się filmy. Nie zatrudniano się kaskaderów, niebezpieczne ujęcia aktorzy musieli odgrywać sami. Zbigniew Cybulski kilkukrotnie wskakiwał do pociągu na planie filmowym, także w "Salcie" czy "Pokoleniu". To mu weszło w nawyk. Może sądził, że skoro tyle razy udawało się na planie, to zdąży i na ten pociąg do domu, do Katowic - opowiada Henryk Tas, który od 1956 roku pracował w Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu jako elektryk, a kiedy trzeba było, pełnił także funkcję oświetleniowca lub elektryka dyżurnego na planie filmowym.



W 1967 roku skok do pociągu, odjeżdżającego z peronu trzeciego Dworca Głównego zakończył się tragicznie. Noga Cybulskiego ugrzęzła gdzieś między wagonami. Aktora w bardzo ciężkim stanie przewieziono do Szpitala im. Rydygiera. Tam, w wyniku odniesionych obrażeń, zmarł. Dla osób, które go znały, ta śmierć była szokiem. Do dziś pozostaje tajemnicą, czy był to rzeczywiście tragiczny wypadek, czy może aktor chciał w ten sposób popełnić samobójstwo.

- Spieszył się pewnie jak zawsze do żony. Nie było wolnych sobót, nad filmem pracowało się od poniedziałku do soboty, całe doby spędzało się na planie lub w wytwórni, bo w tamtych czasach we wrocławskiej wytwórni znajdowały się także pokoje hotelowe dla reżyserów i aktorów. Pamiętam, że ilekroć nadchodziła niedziela, Zbyszek spieszył się na pociąg, żeby zdążyć wrócić do domu do Katowic - opowiada Tas.


© Materiały prasowe



Niebezpieczna miłość

Cybulski ożenił się w 1960 z Elżbietą Chwalibóg. Nawet na własny ślub spóźnił się godzinę. Wcześniej był bez pamięci zakochany w pochodzącej ze Stanisławowa (blisko stron, w których wychowywał się Cybulski) Ewie Lassek.

"To Zbyszek był zakochany, to jemu zależało na niej. Poszedł nawet do jej matki, by z nią porozmawiać. Traktował całą sprawę bardzo poważnie" - miała relacjonować znająca oboje Lidia Rybotycka. - "Opowiadał mi potem, że wziął u nich ze stołu popielniczkę i powiedział: - Gdy już będę znanym aktorem, wtedy zabiorę sobie Ewę jak teraz tę popielniczkę".

Tak się jednak nie stało, mimo że powrotu Zbyszka do Ewy chciała jej matka.

Aktor był bardzo religijny. Trwał w małżeństwie z Elżbietą Chwalibóg (pobrali się w 1960 roku, mieli syna Maćka), choć według relacji osób, które go znały, nie zawsze był to udany związek. Jego postać wiązano także Ewą Warwas, solistką z Wrocławskiego Teatru Pantomimy Henryka Tomaszewskiego.

Przyjaźnił się też ze słynną Marleną Dietrich. Aktorka poznała go w czasie drugiego tournee po Polsce. Cybulski miał przyjść do niej z flaszką wódki. Ponoć piła z gwinta. Potem pisali do siebie, a Dietrich chciała nawet zaangażować go do jednego z filmów. To między innymi dlatego Cybulski spędził kiedyś dziesięć dni w hotelu, w ogóle z niego nie wychodząc. Czekał w na telefon od Dietrich, a Ewa Warwas nie kryła rozczarowania. Cybulski miał jej obiecać w tym czasie wspólne wakacje - czytamy w książce Doroty Karaś "Cybulski. Podwójne salto".

Słynna aktorka zostawiła po sobie czerwony notes z różnymi zapiskami. Na stronie zatytułowane "Pologne, Poland" widnieje kilka nazwisk, wśród nich jest także Zbigniew Cybulski. W jednym z jej kalendarzy obok nazwiska Cybulskiego widnieje dopisek: "kochałam go?"

"Nigdy przed nim nie było aktora, który potrafiłby grać bez użycia oczu i wiem, że nigdy więcej takiego nie będzie" - napisała o nim Marlena Dietrich.


© Materiały prasowe



Urodzony dla aktorstwa

Ponoć grał jak naturszczyk, choć niektórzy się na niego skarżyli. Na przykład Renata Kułakowska, która w jednym ze spektakli Teatru Wybrzeże grała umierającą Luizę. Cybulski miał się rzucać na nią w rozpaczy, ale robił to tak autentycznie, że aktorce trudno było zachować pozę umarłego, gdyż... miała łaskotki. Miała mu też powtarzać, by uważał, jak mówi, bo strasznie pluje.

Polski James Dean. W okularach, z czerwoną jawą i flaszką wódki

Zbigniew Cybulski stał się bożyszczem kobiet tamtych czasów. Ze swoim stylem bycia i zamiłowaniem do ryzyka był pociągający. Miał swój oryginalny styl ubioru i chociaż potrafił dobrze grać, nie lubił rezygnować na planie ze swojej prywatnej garderoby.

- O Zbyszku mogę powiedzieć wiele dobrych rzeczy. Był ciepłym, spolegliwym, serdecznym i przyjaznym człowiekiem, ale jak każdy miał też swoje wady. Bardzo nie lubił ubierać się w to, co trzeba było założyć na czas pracy nad filmem. A przecież jako aktor powinien zdać się na to, co doradzał kostiumolog - mówi Henryk Tas. - Wolał mieć na sobie te swoje skórzane spodnie i oryginalne okulary z wyrazistymi oprawkami. Te okulary to była, proszę pani, marka sama w sobie. Każdy młody mężczyzna chciał mieć wówczas takie jak Cybulski. I jednemu mojemu koledze aktor przywiózł dokładnie takie same z Niemiec. Ma je do dziś - dodaje.

Nie tylko tych okularów mężczyźni mu zazdrościli. Na plan zdjęciowy do Wrocławia Zbigniew Cybulski przyjeżdżał czerwoną jawą czeskiej produkcji.

- Pojemność silnika: 250 cm sześciennych. To było marzenie. Mało kto mógł sobie pozwolić na taki luksus. Zbyszek przyjeżdżał tą jawą, jadąc jakimiś starymi drogami, nie było jeszcze wtedy przecież autostrady. Czasem mu ten motocykl serwisowałem - wspomina Tas. - Nie wiem, czy lubił dodać gazu, bo po Wrocławiu wożono go służbowym autem.

Nie tylko jawa i okulary stały się znakiem rozpoznawczym aktora. "Chlebak będzie częścią Zbigniewa Cybulskiego, tak jak ciemne okulary, motor, wojskowa kurtka, dżinsy i buty pionierki" - pisze Dorota Karaś w książce "Cybulski. Podwójne salto". Z przewieszoną przez ramię wojskową torbą pojawił się na planie filmu "Popiół i diament". I tu, tak jak wspominał Henryk Tas, panie od kostiumów musiały się na niego skarżyć. Aktor jak zwykle nie chciał się przebrać. Z tym chlebakiem stanął przed kamerami, zabierał go też na próby i bankiety. Praktycznie się z nim nie rozstawał.

Ciepła i życzliwości wobec innych osób Cybulskiemu nigdy nie brakowało. - Tak go zapamiętam. Szkoda, że później wykończyła go ta ciężka choroba - dodaje Henryk Tas.

Choroba? - Uzależnienie od alkoholu. O narkotykach się wtedy nie mówiło, ale Zbyszek lubił pić ćmagę (wódkę - przyp.red.). Niestety to jest właśnie dramat wielu znanych ludzi. Nie sądzę, by chodziło o uczucia. Prawdopodobnie zmęczyła go popularność. Tak samo jak Elvisa Presleya czy Michaela Jacksona - dodaje Tas. - Sława to ogromne brzemię. O życiu człowieka decyduje czasem jeden moment.


© Materiały prasowe



Aktor lubił się bawić. Na bankiecie z okazji zakończenia prac nad filmem "Rękopis znaleziony w Saragossie" razem z innymi namawiał, by Iga Cembrzyńska zaśpiewała a capella: "A ja mam swój intymny mały świat".

- I zaśpiewała. To była szalona impreza. Podczas niej jeden z moich kolegów, Jurek Daniewicz, wspiął się na wrocławską Iglicę i zawiesił na niej materiałową chusteczkę. Cybulski też ją widział, ale on sam się nie wspinał - opowiada Henryk Tas. - Pamiętam, że w kolejnych dniach milicjanci pilnowali tej Iglicy tak, by nikt już tam nie wchodził.

Na pogrzeb Zbigniewa Cybulskiego w 1967 roku przyjechały setki osób. "Cały Śląsk", jak wspomina Henryk Tas. Odeszła legenda polskiego kina. Jak każda legenda - zbyt wcześnie i zbyt młodo.

Kinga Czernichowska, dziennikarka wroclaw.naszemiasto.pl i gazetawroclawska.pl

Zdjęcie główne: materiały prasowe

Korzystałam m. in. z książki Doroty Karaś "Cybulski. Podwójne salto"

Komentarze (3)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Wiemwiecej (gość)

Miał 39 lat jak zginął.
Właściwie to zmarł w szpitalu na ul. Rydgiera ok. 1,5h po wypadku na peronie.

Gal Anonim (gość)

Żaden silnik w motocyklu, czy nawet samochodzie nie ma pojemności 250 litrów. Chodziło tutaj o centymetry sześcienne droga Pani Kingo