Straszne rzeczy działy się u dominikanów we Wrocławiu. Przeczytaj!

Hanna Wieczorek
Wrocławscy dominikanie ujawnili, że w latach 1996-2000 w ramach duszpasterstwa akademickiego działał intensywny mechanizm przypominający funkcjonowanie religijnej sekty z przemocą fizyczną, psychiczną, duchową, a nawet seksualną. Rozmawiamy o tym z przeorem dominikanów we Wrocławiu, ojcem Wojciechem Delikiem OP. Przeczytajcie rozmowę!

„Drogie Siostry i Drodzy Bracia, Przyjaciele naszego kościoła i klasztoru, Zwracamy się do was z ogromnym bólem i wstydem. Stajemy przed wami w prawdzie, która mimo upływu lat coraz wyraźniej odsłania swoje przerażające oblicze. W latach 1996-2000 w ramach naszego duszpasterstwa akademickiego działał intensywny mechanizm przypominający funkcjonowanie religijnej sekty. Świadectwa pokrzywdzonych - osób wówczas dorosłych - przekonują nas dzisiaj, że ówczesny duszpasterz pod pozorem pobożności wyrządził wielką krzywdę wiernym, stosując przemoc fizyczną, psychiczną, duchową, a nawet seksualną”. Tak zaczyna się Komunikat Braci Konwentu św. Wojciecha we Wrocławiu. Dlaczego po 20 latach wrocławscy dominikanie wracają do tej sprawy? Rozmawiamy o tym z przeorem o. Wojciechem Delikiem.

Sprawa, o której mowa w komunikacie, wydarzyła się 20 lat temu. Dlaczego Bracia zdecydowali się wrócić wrócić do niej właśnie dzisiaj? Wygodniej przecież byłoby o wszystkim zapomnieć, bo problem rozwiązano już dawno temu.
To prawda, historia, do której się odnosimy, wydarzyła się 20 lat temu. Wydawało się, że już dawno została zakończona, a nasz współbrat, odpowiedzialny za to, co się wówczas stało, przez kilkanaście lat ponosił zdecydowaną karę z pełnymi ograniczeniami. Jemu ograniczono wszystko i tylko czasem na coś pozwalano. Przy tym pozwolenie na działanie na zewnątrz było wyjątkiem i to kontrowersyjnym.

A jednak w odczuciu Ojca sprawa nie została zakończona. Czy to wynik jakiegoś konkretnego wydarzenia?
Złożyło się na to kilka czynników, które pokazały nam, że nie wszystko zostało zrobione jak należy. Szczególnie z dzisiejszej perspektywy, bo przecież obecnie podchodzimy do takich spraw z inną wrażliwością. Sami zapewne byśmy na to nie wpadli. Odkrywaliśmy to z pomocą osób, które dwadzieścia lat temu zostały pokrzywdzone. To właśnie one chciały się raz jeszcze spotkać z jednym z braci i opowiedzieć mu swoją historię. Tym bardziej że dochodziły do nich informacje, iż pomimo wszystkich zakazów, które zostały nałożone na tego naszego współbrata, on nadal jest aktywny. Takim sposobem raz jeszcze spotkaliśmy się z tą historią. Kiedy nasza wspólnota dowiedziała się o tamtych wydarzeniach, była bardzo poruszona. Zdecydowaliśmy, że nie chcemy tego tak zostawić.

Wspólnota postanowiła raz jeszcze zbadać tę historię?
To nie jest tak, że ponieważ mamy we Wrocławiu dostęp do dokumentów, to zaczynamy je badać, by zobaczyć, kto jest odpowiedzialny za wydarzenia sprzed dwudziestu lat. Od tego jest komisja historyczna, która powstanie, żeby sprawdzić, jakie błędy wówczas popełniono i dlaczego do nich doszło. Komisja zbada to na spokojnie, także z punktu widzenia ówczesnego prawodawstwa. My stwierdziliśmy, że ponieważ dzisiaj patrzymy na tamte wydarzenia z innej perspektywy, z inną wrażliwością, to nie możemy tego zostawić, powinniśmy działać. Robimy to dla tych osób, które zostały poszkodowane i dla przyszłości, bo przecież sytuacji qusisektowych mamy dziś dużo.

Powiedział Ojciec, że dopiero po spotkaniu z osobami poszkodowanymi wspólnota dowiedziała się o wypadkach sprzed dwóch dekad. Przez 20 lat ukrywano to przed braćmi?
Skądże, ale ta sprawa nie była z nami osobiście związana. U nas nie ma ciągłości wspólnoty jako grupy osób, my ciągle zmieniamy miejsce. Niektórzy bracia dwadzieścia lat temu byli w szkole podstawowej, mnie nie było w kraju, ponieważ osiemnaście lat spędziłem poza Polską Prowincją Dominikanów. Tylko jeden z braci był tu już po wszystkim i wtedy pomagał osobom poszkodowanym. Później zresztą wyjechał z Wrocławia i wrócił po latach. Tak naprawdę nasza wspólnota poznała wszystkie fakty dwa tygodnie temu. Bracia, szczególnie ci młodsi, dowiedzieli się wówczas, że w ogóle coś takiego się wydarzyło. Oni wiedzieli jedynie, że w Warszawie jest brat, który ponosi konsekwencje jakichś swoich błędów. Mogli się domyślać, że skoro trzymamy go w ścisłej izolacji, to chodzi o jakąś psychomanipulację i jest pod tym względem niebezpieczny dla ludzi. Starsi bracia może wiedzieli coś więcej. Znali go i pamiętali, ale im też się wydawało, że kara jest proporcjonalna do tego, co mogło się wydarzyć.

I wspólnie podjęto decyzję, że trzeba coś zrobić?
Wiedzieliśmy, że w Prowincji Dominikanów są już jakieś plany, powstają projekty powołania komisji historycznej, która pomogłaby się uporać z podobnymi problemami. Tak jak wcześniej uporaliśmy się z problemem współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa: w momencie, kiedy wszystko jest na stole, wszystko można sprawdzić, nie ma już żadnych sensacji. W Prowincji były więc już takie plany, natomiast my stwierdziliśmy, że nie chcemy czekać. Szczególnie, że ja za trzy tygodnie nie będę już przeorem, mam przed sobą ostatnie dwadzieścia dni drugiej kadencji i to jest już koniec mojej tu posługi. Nie chciałem zostawiać tej sprawy na początek posługi nowego przeora, który może będzie jednym z tutejszych braci, ale może przyjedzie z innego miasta albo nawet z innego kraju… No i jeszcze te zatrważające głosy, które do nas doszły, że brat odpowiedzialny za to, co się stało dwadzieścia lat temu, wciąż działa, że może kogoś skrzywdził.

W tym roku Duszpasterstwo Akademickie obchodzi piękny jubileusz...
…50-lecia działalności. Pomyślałem sobie, że nie można mówić studentom tylko o tym, że był ojciec Ludwik Wiśniewski i jedynie chwalić się sukcesami. Trzeba mówić, że było także i coś takiego. Bo generalnie lepiej, żebyśmy my to powiedzieli, niż gdyby ktoś za jakiś czas miał nam wypomnieć: „A wy nie wiecie, co tu takiego się działo”. I list napisaliśmy trochę w duchu przeproszenia jubileuszowego, jak zrobił to Jan Paweł II na jubileusz dwóch tysięcy lat chrześcijaństwa. Tam były bardzo mocne elementy przepraszania, bo historia jest piękna, ale w nawet w tej pięknej historii zdarzają się osoby, które nie radzą sobie z rzeczywistością, powstają mechanizmy, które są szkodliwe lub nawet niszczące. Dlatego dla Wrocławia nasz komunikat był dwuczęściowy. Pierwsza część dotyczyła wydarzeń sprzed dwóch dekad, druga całej powojennej historii.

Dotarły do Ojca sygnały, że historia sprzed dwudziestu lat nie była odosobniona?
Nie mamy nic konkretnego, natomiast dochodzą do nas niejasne sygnały, że ten klasztor przed laty nie miał dobrej reputacji. I choć nas to osobiście nie dotyczy, to jednak chcemy wiedzieć, o co chodzi, czy nie ma ludzi, którzy ucierpieli i po cichutku cierpią tych czterdzieści lat. Cierpią w milczeniu, bo zostali nauczeni, że nie należy ujawnić takich krzywd, bo to szkodzi. My jasno mówimy: przeciwnie, to nie szkodzi, jeśli ktoś cierpi, to udzielimy mu pomocy, porozmawiamy, zobaczymy, co się stało.

Otrzymał Ojciec jakieś niepokojące wiadomości?
Po tym tygodniu okazało się, że są ludzie, którzy chcą z nami porozmawiać. Tyle że to jest takie zarzucenie sieci, w które chwyta się różne rzeczy. Zgłoszeń nie ma szczególnie dużo i na razie są zupełnie nie na temat. Komuś wylał się żal na dominikanów, że dwadzieścia lat temu został źle obsłużony. Nie skrzywdzony, ale ktoś kiedyś nie chciał z nim porozmawiać. Trochę korespondencji jest, nazwijmy to, dziwnej. Wiadomo, jak zachęcamy: piszcie, mówcie, to ludzie piszą tak jak potrafią. Ale być może w tym wszystkim zdarzy się i poważniejszy sygnał.

Zgłosił się ktoś nowy, kto ucierpiał dwadzieścia lat temu?
Na razie nie. To zresztą był wąski krąg ludzi, ale oddziaływanie było szkodliwe. Zapewne trudno byłoby to podciągnąć pod jakieś paragrafy, ale doszło do radykalnego naruszenia granic drugiej osoby, grubej manipulacji, w wyniku której ktoś ucierpiał, na przykład rzucił studia. To był moment niezdrowej religijności, która rozlewała się szerzej. Co ciekawe, były osoby, które to od razu wyczuły, że dzieje się coś niedobrego. Mamy takie świadectwa, w których ludzie mówią: „Od razu czułem, że coś jest nie tak”, „to nie było dla mnie”. Myślę, że osoby, które mają dobrze ukształtowaną religijność, radzą sobie z próbami takiej manipulacji. Przecież w tej chwili także mamy, szczególnie w internecie, masę dziwactwa. Część z nas dobrze sobie z tym radzi, inni, zwłaszcza ci wychowani lękowo, kupują wszystko, co krąży po sieci. Szczególnie widać to podczas pandemii. W naszym komunikacie pokazaliśmy pewną drogę, ale wiąże się z nią cała masa różnych wątków. Mówimy o naruszeniu granic przez naszego brata, o grubej manipulacji, ale chodzi nam też o budowanie zdrowej religijności. Pokazanie, że religijność może być niezdrowa, może być szkodliwa i to nie jest kwestia tej czy innej religii jako takiej. Chcemy ostrzegać: zobaczcie, pod pozorem pobożności ukryte było działanie quasisektowe. Zobaczcie, że wewnątrz kościoła też może powstać sekta. I pokazać, że to jest ogólnoludzkie zjawisko, które może się zrodzić w każdym wyznaniu. Bo to jest kwestia psychologii. Takie ostrzeżenia są ważne społecznie, bo kiedy mówimy o fundamentalizmie, to powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że w Polsce mamy je-szcze za małą wrażliwość na to zjawisko. My zawsze podkreślamy „nie, to nie wyznawcy islamu jako islamu, a islamiści”, ponieważ są duże różnice między religią a fundamentalizmem w danej religii.

Czy działania Braci zakończą się na zebraniu świadectw i pomocy osobom poszkodowanym?
Pierwszy krok to pomoc osobom poszkodowanym, trzeba zobaczyć, czego jeszcze nie zrobiliśmy, co trzeba uzupełnić czy nie stało się coś jeszcze, o czym my nie wiemy. Kolejny krok to zapobieganie, stworzenie mechanizmów, które nie pozwolą, by takie sytuacje się powtarzały. A więc to, o co tak Stolica Apostolska, jak również nasz zakon ze strony Kurii Generalnej prosiły wiele lat temu. I trzeba powiedzieć, że zostało to w jakimś stopniu zrobione. Jednak procedury zapobiegawcze dotyczyły przede wszystkim pedofilii, praktycznie nie brało się pod uwagę takich zjawisk, jak nadużywanie władzy wobec drugiej osoby.

Procedur chroniących także ludzi dorosłych?
Tak, także osób dorosłych, ponieważ wszystkie procedury, które powstały, dotyczą osób niepełnoletnich. W niektórych krajach owe mechanizmy zostały bardzo dopracowane, w Polsce ciągle jesteśmy na początku drogi. Nadal nie obejmują one osób dorosłych, także tych, które znajdują się w stosunku pracy jako podwładni, a mamy przecież także takie zjawiska jak mobbing… Nie chcemy być spóźnieni w reagowaniu na różne sytuacje i czekać na kolejne niedobre wydarzenia, bo coś się rozlało, a może jeszcze ktoś film nakręcił, dostaliśmy kopniaka i może trzeba może coś zrobić. Nie, my chcemy wyjść do przodu. I to nie tylko dlatego, że ludzie patrzą na Kościół, bo przecież te negatywne zjawiska nie dotyczą wyłącznie Kościoła. Mamy w Polsce mobbing w pracy, niedobre zachowanie szefów wobec kobiet-podwładnych, przypomnijmy choćby akcję #MeToo. To jest nasz sposób włączania się w taką ogólną troskę o bezpieczeństwo, o wolność osób i nieprzekraczanie granic. Chcemy zaproponować coś od siebie, a nie tylko czekać, aż komuś znowu stanie się krzywda.

Rozumiem, że same procedury nie wystarczą? Trzeba uczulić wspólnotę ludzi wierzących na takie negatywne zjawiska?
Generalnie potrzebujemy pewnej kultury, przecież w Polsce przenikanie się wierzących, niewierzących i Kościoła jest takie, że musimy zbudować wspólną wrażliwość. Całe społeczeństwo mamy trochę nieuwrażliwione. Dla mnie hipokryzją jest mówienie: „A to jest tylko w Kościele”, kiedy jesteś niewierzący lub „A nie, bo tylko poza Kościołem”, kiedy jesteś wierzący. Mamy do tych spraw takie, przepraszam za określenie, wioskowe podejście: „oj tam, oj tam”. Jak się bliżej temu przyjrzymy, to nie jest ważne czy ktoś jest wierzący, czy nie, ważne jest z jakiej jest wioski, kto jest jego sąsiadem. Trzeba więc zmieniać kulturę społeczną: widzimy, reagujemy, pomagamy.

I temu ma służyć komunikat Braci?
To, że rozwiążemy tę jedną sytuację, to mało. Oczywiście, jest ciężko, kiedy wszyscy na nas patrzą, wierni i niewierzący. Księża też na nas patrzą. Wszyscy zadają pytania, na które odpowiadamy. No dobrze, może to nie było takie trudne i bohaterskie, bo nie mówimy o osobistej winie, ale przyświecał nam o wiele większy cel, niż tylko ostateczne zamknięcie sprawy sprzed dwudziestu lat. W naszym działaniu wzorowaliśmy się na niemieckim pomyśle.
Kiedy pracowałem poza Polską Prowincją Dominikanów, w Niemczech wybuchła afera pedofilska. I oni zrobili tak, że w miejscowości, w której od lat 30. XX wieku mają szkołę, nagłośnili komunikat z prośbą o współpracę. Mówili, że w archiwach nie ma nic na temat przypadków molestowania nieletnich i dodawali: „ale jeśli wy coś wiecie, to nam powiedzcie”. I rzeczywiście, zgłosili się ludzie, którzy pomogli prześledzić coś, co wydarzyło się zaraz po wojnie. Akurat sprawa była dużo słabszej rangi niż to, co działo się u nas, ale mają oczyszczone pole i szkoła może dalej funkcjonować. Nikt się nie boi, że ktoś się obudzi i wybuchnie bomba. Poszliśmy za tym modelem. Dobrze byłoby, żeby inni też tak zrobili. A może ktoś będzie miał lepszy pomysł? Myślę o innych zakonach, może diecezjach, ale też różnych świeckich instytucjach. Dlaczego szkoły tego nie mają zrobić? Bo jeśli w małym miasteczku, w którym wszyscy się znają, jest szkoła, nikt nic głośno nie powie. Ale można powołać komisję, zapewniającą dyskrecję, do której każdy będzie mógł zadzwonić. Nie z donosem, ale żeby opowiedzieć swoją historię. Bo może ktoś potrzebuje pomocy? Bo trzeba się rozliczyć. A przy tym zależy nam, by pokazać, że osoby pokrzywdzone jak najbardziej mają prawo do tego, żeby się zgłaszać i mówić o swojej krzywdzie.
W Polsce pod tym względem kultura świecka i kościelna, jest taka sama: nic nie mów! Trzeba to zmienić. Osoba skrzywdzona, dorosły, a tym bardziej dziecko, musi wiedzieć, że może, a wręcz powinien mówić. Nie może milczeć, bo ma wbite do głowy, że to zaszkodzi Kościołowi. Nie zaszkodzi, pomoże. Wierzymy przecież, że Chrystus jest światłem, jest prawdą, Tak jest w Ewangelii. Trzeba więc na światło wynieść krzywdę.

Kolno wolne od koronawirusa

Wideo

Materiał oryginalny: Straszne rzeczy działy się u dominikanów we Wrocławiu. Przeczytaj! - Wrocław Nasze Miasto

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie